poniedziałek, 29 czerwca 2015

Tęczowe szaleństwo czyli hipokryzja.



Jako, że to 30 wpis na tym blogu a obiecałem, że co kolejne dziesiątki będą "specjalne" (aczkolwiek nie tylko one) postanowiłem dziś poruszyć temat o którym mówi cały świat. Bo w sumie czemu nie również nie ugrać czegoś na tym co dzieje się w USA. I będąc szczerym, nie mam nic do małżeństw tej samej płci. Wychodzę z zasady, że każdy może spać z kim chce (dopóki nie podchodzi to pod pedofilię, zoofilię czy inne "filie" bo to już szkodliwa dewiacja) a ja nie zamierzam nikomu pod kołdrę zaglądać. Zresztą w równym stopniu denerwują i obrzydzają mnie pary wpychające sobie języki do gardeł i płeć jest tu obojętna. Moim skromnym zdaniem niech każdy okazuje sobie miłość w swoim domowym zaciszu i wtedy nie będzie to problemem. Żadnym. I szczerze mówiąc zalegalizowanie związków homoseksualnych w USA obchodziłoby mnie mniej niż chociażby zbliżająca się premiera "Fallouta 4" (w listopadzie zniknę dla świata po zakupie tejże gry) gdyby nie social media, które podeszły do sprawy podobnie jak ja i stwierdziły, że hajs się musi zgadzać. 
I zaczęło się. Niemal każda licząca się osoba, firma lub przedsiębiorstwo zasypywała czytelników/obserwujących/kogokolwiek newsami o tym co dzieje się w USA. Snapchat stworzył nawet specjalny dział można było obejrzeć całą historię (ponad 300 sekund) a nawet telewizja wciąż nie przestaje o tym mówić. I staje się to nieco męczące.

Lista wydaje się być nieskończona, Google, Facebook, Yahoo, MTV, 9Gag, Arnold Schwarzenegger i sporo innych liczących się amerykańskich gwiazd i przedsiębiorstw zmieniła swoje profilowe zdjęcia dodając tęczowe filtry. I nie ma w tym niczego złego, oni mają powód żeby wyrażać swoje poparcie jednak jaki powód ma taki powiedzmy Czesław Mozil? Albo niewiele znacząca nawet na scenie polskiej a co dopiero światowej wokalistka pop? Otóż nic. "Lajków" przybywa, pojawiają się komentarze obrażające i popierające, jednym słowem biznes się kręci. Jednak jaki cel mają w tym zwykli ludzie których każdy ma w znajomych? Szczególnie, że większość z nich to po prostu zwyczajni hipokryci chcący przypodobać się innym.
Naprawdę, patrząc na to co działo się na mojej na mojej tablicy odniosłem wrażenie, że 3/4 moich znajomych jest innej orientacji niż zdawało mi się przez cały czas. Więc pytam ich "Dlaczego?" Jaką odpowiedź słyszę? "Bo każdy ustawia", wiadomo owczy pęd. "Bo to ładny filtr" ok, taką odpowiedź jeszcze mogę zrozumieć, szczególnie, że gdyby nie przekaz filtr faktycznie byłby całkiem spoko. "Bo Facebook dał taką opcję" czyli jeśli Facebook da możliwość czegokolwiek musisz to robić? "Bo chcę wyrazić poparcie." ta odpowiedź pojawiała się jak na ironię najrzadziej. W sumie jest to zrozumiałe, wyrażamy poparcie dla małżeństw homoseksualnych. Jednak dlaczego nie wyraziłeś/łaś tego samego poparcia gdy związki homoseksualne zostały zalegalizowane w Irlandii? Albo w Portugalii? Bałeś/łaś się, że Cię wyśmieją? Albo po prostu nie wiedziałeś/łaś, bo media prawie nic nie mówiły na ten temat. Będąc szczerym śmieszy mnie ta cała sytuacja z tęczowymi zdjęciami. Szczególnie gdy dochodzi do takich sytuacji gdzie osoba biorąca udział w wydarzeniu "Nie dla Konczity w Polszy" ustawia sobie tęczowy filtr na zdjęcie profilowe i zbiera 1000 000 "lajków". Czysta hipokryzja, bo inaczej tego nazwać ni można.
Nie dałem się wciągnąć w tęczowe szaleństwo. Życzę wszystkim parom homoseksualnym w USA wszystkiego dobrego, bo mogę mówić o nich cokolwiek ale jest jedna rzecz,którą każdy człowiek musi posiadać. Nazywa się tolerancja. Bardzo miło byłoby gdyby owej tolerancji towarzyszył jeszcze zdrowy rozsądek. Dlatego zamiast tęczowego moje zdjęcie profilowe prezentuje się tak:


Nie zamierzam się z nikim bić o wyższość, skoro Facebook daje prawo wyrażania swojego poparcia dla małżeństw homoseksualnych cieszę się, że mogę manifestować moją polskość ustawiając filtr z Naszymi barwami narodowymi. Amen.

Ogłoszenia parafialne: Bardzo prosiłbym o nie wywoływanie tak zwanych "shitstormów" komentarzami i traktowaniem tego jako moją własną, niezależną opinię. Bo nie chodzi tu o homofobię i nacjonalizm, ale o zdrowy rozsądek. A jutro najprawdopodobniej będzie jakiś film.

niedziela, 21 czerwca 2015

O co tu tak w ogóle chodzi? Czyli ranking 10 filmów tak złych, że aż dobrych.


Filmy i kinematografia wszelaka to temat rzeka. Jednak na każdego "Ojca Chrzestnego" czy "Pulp Fiction" przypada masa potworków pokroju "Miasta 44" czy "Niesamowitego Bulka" (serio, powstało coś takiego nawet zarzucę trailer: *Kliknij tu jeśliś odważny/a*). Na świecie istnieje masa złych filmów, lecz niektóre są tak nieporadne, że sprawiają frajdę i zaczyna oglądać się je całkiem przyjemnie. Oczywiście jeśli wyłączy się myślenie. Tak więc zapraszam na listę 10 filmów tak złych, że aż dobrych. I nie, "Planu 9 z kosmosu" nie ma na tej liście, ponieważ jest on niedoścignionym wzorem dla złych filmów i najprawdopodobniej zająłby wszystkie 10 miejsc.

10. MORDERCZA OPONA (2010)
Średnia Filmwebu: 5,2

Film o oponie toczącej się przez drogi USA. Przy okazji owa opona morduje ludzi za pomocą telekinezy. I zakochuje się w pewnej kobiecie. W sumie słyszałem kiedyś porównania "Opony" do "Urodzonych Morderców". Jeśli tak to główny bohater (bo to zdecydowanie "on") urwał się z samochodu Mallory i Mike'a Knoxów.

9. ARCHE - CZYSTE ZŁO (2002)
Średnia Filmwebu: 2,8

Ok, wchodzimy na nasze rodzime podwórko. Na miejscu 9 wylądował polski film science - fiction. Kręcony między innymi w Radomiu. W roli głównej zagrał Robert Gonera. W sumie o czym to jest? O piramidce, która sprawia, że znikają ludzie, a Gonera i drugi gość, którego nikt nie zna łączą się przez grę komputerową żeby uratować partnerki. Albo zaśniecie po 15 minutach, albo będziecie śmiać się tak głośno z nieporadności twórców, że cała rodzina zbiegnie się zobaczyć co robicie.

8. REKINADO (2013)
Średnia Filmwebu: 2,8

W sumie "Rekinado" (cóż za idiotyczny tytuł) jest tu reprezentantem wszystkich monster movies, bo gdybym zaczął wymieniać je wszystkie lista miałaby zapewne około 500 pozycji. Oprócz tornada plującego rekinami powstały filmy między innymi o rekinie - widmo, rekinopająku, rekinokondzie czy rekinach z piłami mechanicznymi. Podobnie rzecz ma się z pająkami, wężami i innymi zwierzaczkami. Powstały nawet "Zabójcze Ryjówki" (Owe ryjówki to w rzeczywistości przebrane psy).

7. KULT (2006)
Średnia Filmwebu: 5,0

Ach Nicolasie Cage'u, czy Ciebie da się nie uwielbiać? Z jednej strony "Dzikość Serca" a z drugiej "Ghost Rider" albo "Kult" właśnie, Remake filmu o tym samym tytule 1973 roku, gdzie zagrał między innymi Christopher Lee (grający teraz power metal w niebiosach). Pierwowzór trzymał w napięciu i był całkiem niezłym thrillerem natomiast tutaj mamy Cage'a w stroju niedźwiedzia nokautującego przypadkową kobietę i najlepiej animowane pszczoły w całej historii kina. Zacząłem śmiać się maniakalnie na samym początku skończyłem po napisach.

6. PIĄTEK  TRZYNASTEGO IX: JASON IDZIE DO PIEKŁA (1993)
Średnia Filmwebu: 4,7

Jason Voorhees to postać kultowa, powstało o nim 10 części "Piątku Trzynastego" i jeden film w którym mierzył się z innym slasherowym klasykiem, Freddy'm Kruegerem w "Freddy kontra Jason". Mordował już wszędzie, od klasycznego obozu Crystal Lake, przez Manhattan po stację kosmiczną w "Jason X". Jednak część IX jest zdecydowanie najgorszą. Dlaczego? Otóż dlatego, że Jason umiera a agenci FBI starają się umieścić jego duszę w Piekle już na zawsze. Jednak przebiegły morderca, a raczej jego duch opętał jednego z nich i zamierza wyrżnąć w pień każdego kto stanie na jego drodze do Camp Crystal Lake. Dlaczego? Bo to slasher. W ogóle nie straszy ale wciąż dostarcza masę dobrej zabawy, szczególnie na imprezach. 

5. WREDNE DZIEWCZYNY (2004)
Średnia Filmwebu: 6,3

Przed nami półmetek a my wchodzimy na wyjątkowo grząski grunt. Grunt głupawych, amerykańskich komedyjek. I podobnie jak na miejscu 8 wybrałem jednego reprezentanta tego gatunku. Mogłem wybrać chociażby "American Pie" ale to do "Mean Girls" mam sentyment, bo był pierwszym takim filmem jaki widziałem. Tępa fabuła, klozetowe żarty i stereotypy są tu na porządku dziennym ale jeśli wyłączy się myślenie i skończy zwracać uwagę na głupoty to spędzi przyjemne 1,5 godziny. Najlepiej ze znajomymi, browarkiem i popcornem. 

4. SUCKER PUNCH (2011)
Średnia Filmwebu: 6,2

Czasami wydaje mi się, że jestem jedyną osobą której ten film się podobał. Snyder (gość od "300") nie zrobił niczego odkrywczego, ludzie jadą po tym filmie na każdym portalu jak po burej suce (w międzyczasie chwaląc "Salę Samobójców"). Że drewniane aktorstwo, że dziury fabularne, że zbyt długi i tak dalej, i tak dalej. A ja się pytam, w jakim innym filmie mamy strzelanie do robo - nazistów zasilanych na parę? I nawet ta laska z "High School Musical" jest znośna. Poza tym ścieżka dźwiękowa była spoko, i nawet mam ze dwa kawałki na telefonie.

3. KLĄTWA DOLINY WĘŻY (1987)
Średnia Filmwebu: 3,8

Wchodzimy na podium, i nie oszukujmy się, ten film MUSIAŁ się tu pojawić. Kręcony w Wietnamskiej Republice Ludowej i kosztujący spore pieniądze film był międzynarodowym sukcesem i polską odpowiedzią na przygody doktora Jonesa. I osobiście go uwielbiam. Uwielbiam każdy cal jego głupoty, okropne efekty specjalne i nieporadnych aktorów. Mnie do obejrzenia tego arcydzieła zachęcił Mietek Mieczyński a ja zachęcam Was.

2. BÓG NIE UMARŁ (2014)
Średnia Filmwebu: 6,7

Ech, chrześcijańskie filmy z ambicjami. Starają się coś udowodnić i nie zawsze im to wychodzi. W sumie rzadko kiedy im to wychodzi. Najlepsze co jest w tym filmie to plakat. Niby stara się nieść nadzieję i przełamywać kryzys wiary, który atakuje Kościół. Wyszła raczej parodia i moralizatorska bajka, która pozwala się zrelaksować, bo i tak wszystko skończy się dobrze.

1. THE ROOM (2003)
Średnia Filmwebu: 2,4

JEST! Święty Graal, "Obywatel Kane" wśród złych filmów. Film Tommy'ego Wisseau, który kuleje na każdej płaszczyźnie. Aktorstwo? Nie istnieje. Fabuła? Nie wiadomo o co w niej chodzi. Praca kamery? Operatorem był chyba sam Tommy. Kultowe sceny? CAŁA MASA. Od dialogu na dachu ("I did nat hit her") po pytania o życie seksualne. "The Room" jest tym co Ed Wood (gość od wspomnianego "Planu 9 z Kosmosu") mógł tylko śnić, do dziś krążą o nim plotki, powstała na jego temat książka a sam Tommy Wiseau stał się legendą. Jeśli nie widzieliście idźcie oglądać jak najszybciej, a jeśli widzieliście polećcie go znajomym tak jak ja polecam Wam.

Mała notka prasowa: Zrobiłem licznik obserwatorów, mam jak na razie tylko jednego a wyświetleń bloga ponad 1500 (wyłączyłem swoje odwiedziny) więc jeśli podobają się Wam takie filmowe przygody to zapraszam, rozgośćcie się, zaraz przyniosę herbatę. 

piątek, 12 czerwca 2015

"Chappie" czyli miało być źle a wyszło niesamowicie.



Wracając w glorii i chwale z tygodniowego pobytu nad morzem wracam także do mnie rozmyślań. Na początku chciałem napisać dlaczego lata 2014 - 2015 mogą być jednymi z najgorszych dla popkultury od dawna (składa się na to wiele czynników, od premiery "50 Twarzy Greya" przez wybranie Jareda Leto na nowego Jokera (Heath wróć błagam, jestem skłonny wymienić Cię za Leta i Margot Robbie, która zagra Harley Queen) po śmierci największych w branży (Terry Pratchet, Robin Williams i Christopher Lee, który odszedł w minionym tygodniu) i wrestlerów, którzy byli legendami w swoim fachu (Ulrimate Warrior i dosłownie wczoraj "American Dream" Dusty Rhodes). Jednak ten smutnawy nieco temat pozostawię na lepszą okazję (czyli zapewne poruszę go gdzieś w okolicach dnia Wszystkich Świętych) a zamiast pozostawić moich czytelników w smutku postaram się przedstawić film, który spodoba się (prawie) wszystkim. Wytłumaczeniem dlaczego są dwa słowa: Die Antwoord. Ninja i Yo-Landi od 2008 roku tworzą muzykę dziwną, przerażającą i cholernie uzależniającą. W "Chappiem" nie udzielali się tylko w napisach końcowych, ale grali role, które uznać można za... główne, a towarzyszyli im między innymi Hugh Jackman ("Nędznicy", "X-Man"), Sigourney Weaver (seria "Obcy", "Avatar") czy Dev Patel ("Slumdog Milioner z Ulicy", serial "Kumple"). Fabularnie film wydawał się typowym hollywoodzkim popkorniakiem po którym nie spodziewał się niczego poza paroma solidnymi scenami akcji i tymi, które mają rozładować napięcie. Jednak dostałem całkiem dobry film, który zapada w pamięć. Dobra robota Panie Blomkamp, myślałem, że "Dystrykt 9" był wszystkim na co Pana stać.


Fabuła jest stosunkowo prosta. Przyszłość rodem z "Robocopa" gdzie maszyny stały się myślącymi wspomagaczami wojska i policji wysyłanymi do tłumienia najcięższych zamieszek. Tytułowy Chappie jest jednym z takich robotów, uczy się na bieżąco, po stworzeniu posiada umysł dziecka. Chappie jest po prostu maszyną, która myśli i zachowuje się jak człowiek. Pech chce, że kradnie go grupa złodziei i używa do swoich niecnych celów. I w sumie to wszystko. Tylko tyle i aż tyle. W trakcie filmu rozwija się wątek rodzinny, Chappie traktuje Yolandi i Ninje (Granych przez... cóż za zaskoczenie Yo-Landi i Ninje) niczym matkę i ojca co widać już na plakatach promujących film (więc nie ma mowy o żadnych spoilerach)


Fabuła mimo, że prosta dąży wyznaczonym przez siebie torem i rozwiązuje się w satysfakcjonujący sposób odpowiadający na ponadczasowe pytania. Zresztą sam główny bohater przechodzi również metamorfozę zewnętrzną stając się noszącym łańcuchy, pomalowanym zabójczym androidem a nie policyjnym zabójczym androidem. Chappie to w ogóle ciekawa postać, przypomina trochę protagonistę kultowego "Krótkiego Spięcia" a z drugiej strony wiadomo, że jest uzbrojonym po zęby Robocopem, jednak jego działania są tak przesympatycznie ufne a sam robot jest przeuroczy, więc ciężko go nie polubić.

I to właśnie jest "Chappie" film, który dla niektórych wyda się kalką większości filmów s-f z ostatnich 30 lat (kalką nieudaną, patrząc na niektóre recenzje na portalach filmowych) a innych urzeknie swoimi postaciami i wykreowanym światem. Ja zaliczam się do drugiej grupy i stwierdzam, że to film idealny na piątkowy wieczór, gdy nie ma gdzie iść albo na dworze pada.

niedziela, 31 maja 2015

Działku czyli co nieco o weekendowych wyjściach.

 (Tu znajduje się pizzeria, Hebe i inne niepotrzebne sklepy)

Jako, że nie mam pomysłu jakie dzieło dziś opisać zabawię się w człowieka, który relacjonuje własne życie i pomaga innym. Strzeżcie się.

Nie mam nic do Zabrza. Mieszkam w nim praktycznie od urodzenia, przez jego centrum przebijałem się już wielokrotnie jednak wciąż mnie zadziwia. Zadziwia mnie na przykład tym, że pomiędzy aptekami postawiono pamiątkową tablicę, a wstęgę przecinała sama pani prezydent (wstrzymując ruch oczywiście, bo ktoś mógłbym przeprowadzić zamach). Zadziwia mnie także tym, że stoi w nim pomnik bohaterów armii czerwonej chociaż niedawno obchodziliśmy 25 rocznicę odzyskania wolności. Zadziwia mnie mnogością restauracji serwujących kebab i ilością aptek (około 25 na ulicę). Zabrze to świetne miejsce do życia ale czasami trzeba wyjść na tak zwany "melanż". A właśnie wtedy pojawiają się kłopoty. 
Pierwszym z nich jest to, że centrum miasta o godzinie 22 w piątek wygląda mniej więcej tak:


1) Zawsze można pójść do jednego z kilku barów, ale tylko wtedy gdy masz przy sobie więcej niż 12 zł, bo cena jednego piwa to około 6 złociszy polskich. Jeśli nie masz jeszcze 18 lat i zamierzasz popełnić ten ohydny czyn spożywania alkoholu masz dwie opcje.
Możesz iść na tak zwaną "Hutę", gdzie młodzież w każdym wieku przychodzi, pije i zostaje spisana przez policję, Huta prezentuje się tak:


2) Jednak jeśli jest zbyt zimno lub nie masz ochoty siedzieć na dworze, a w Twoim portfelu/saszetce na dokumenty/kieszeni nie ma kawałka plastiku z Twoimi danymi osobistymi pozostają Ci wszelakiego rodzaju speluny. Takie jak ta:


Ale teraz, gdy dni stają się cieplejsze i dłuższe pojawia się kolejna i jedyna w swoim rodzaju opcja: DZIAŁKI. Działki, na których nie musisz się martwić, że zabraknie miejsca, nic nie zjesz lub nie załapiesz się na wódeczkę. Sam byłem organizatorem kilku imprez na moim ogródku działkowym i działy się tam rzeczy niesamowite. Krasnal ogrodowy smażący się na grillu, krzesło ogrodowe zniszczone motyką, butelka Soplicy, która spadła z dachu wprost na głowę mojego kolegi (przeżył, spokojnie) czy rozpalanie grilla za pomocą benzyny z pobliskiej stacji, które prawie skończyło się pożarem działki to tylko wierzchołek góry lodowej. Mimo dość sporego doświadczenia w działkowych imprezach nigdy nie byłem na takiej jak Działku. Jest wiele działek, ale tylko jedne Działku. I o owym Działku reszta tego wpisu będzie. 
Zanim impreza się rozpoczęła należało się na Działku dostać. Na szczęście w Zabrzu jest rozbudowana sieć autobusów więc dojazd nie robił żadnego problemu. Szczególnie, że podróżowałem w zacnym gronie, Z Sherly (jej blog) i człowiekiem, który chodzi ze mną do jednej klasy i mieszka w bloku obok (tu byłby link do jego bloga ale takowego nie ma). Droga obejmowała przejazd dwoma autobusami, i o ile jeden przyjechał na czas i podróż minęła szybko to z drugim już nie było tak różowo. Jadąc autobusem natrafiliśmy na kontrolerów biletów. I w sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, wsiedli, sprawdzili bilety, dali mandat i wysiedli ale na dosłownie następnym przystanku wsiedli kolejni. Jednak jakoś poradziliśmy sobie z kontrolną (bilet kwartalny robi swoje) i znaleźliśmy się na drugim końcu miasta. Jako, że należało się zaopatrzyć w napoje chmielowe wyruszyliśmy na poszukiwania sklepu spożywczego. Natrafiliśmy na jeden (nazwy nie podam bo mi nie płacą ale w logo mają płaza), radośni wchodzimy do środka widząc promocję "3 piwka za 6 zł" chcemy już wydać nasze ciężko zarobione pieniądze. Jednak możesz sobie wyobrazić nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy, że mimo posiadania sporej ilości lodówek i ich wnętrzach znajdowała się tylko pusta przestrzeń i napoje gazowane. Jednak co się odwlecze to nie uciecze i znaleźliśmy sklep, który spełnił nasze wymagania. 
Tak więc zaopatrzeni we wszystkie potrzebne rzeczy trafiliśmy na Działku. Organizatorem całej imprezy był człowiek, którego będziemy nazywać Szwagier, bo w sumie ma pseudonim Szwagier. I przy okazji jest najbardziej typowym szwagrem jakiego można sobie wyobrazić. Szwagier to człowiek, który wódeczki nigdy nie odmówi. Szczególnie jeśli gdzieś w pobliżu znajdują się kiszone ogórki. Gdy wszyscy już się zeszli, Szwagier polał każdemu kieliszek na rozpoczęcie imprezy. I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że kieliszki były wielkości małych szklaneczek i zapewne po trzech każdy byłby martwy pijany. 
I tak mijał czas na działku, toasty wznoszone za wszystko, rozmowy o życiu i śpiew. Jednak w końcu słońce zaszło i zrobiło się zimno, więc należało wejść do domku. Domek jak to domek na działce, kanapa, mały stolik i obrazy na ścianach. Jednak wtedy ten domek stał się miejscem imprezy godnej Przystanku Woodstock. Korzystając z głośnika i mojej (przez większość czasu) bogatej playlisty śpiewaliśmy wszystkie polskie piosenki ze starych, dobrych czasów. Od "Jolka Jolka pamiętasz" Budki Suflera, przez Farben Lehre po Kult. W pewnym momencie nasz Przystanek Działku wszedł w moment kulminacyjny, gdzie robiliśmy pogo w 5 osób. Jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy, ostatni autobus miał przyjechać za 15 minut a nocować nie wypadało więc opuściliśmy Działku. I tak to już było, odprowadziłem koleżankę od lajstajlu, bo okazała się prawdziwą kobietą i bała się przejść przez ulicę, zjadłem hot-doga na stacji benzynowej, wróciłem do domu i poszedłem spać. I tak skończyła się historia życia o Działku. Pozostaje mi tylko podsumować: Zabrze to piękne miejsce, tylko trzeba wiedzieć gdzie iść. 

poniedziałek, 18 maja 2015

"Miasto 44" czyli jednak może być gorzej.


Po dość długiej przerwie wracam do świata recenzji. Przeżywszy przygody z rowami melioracyjnymi i latającym sosem barbecue (nie pytajcie) stwierdziłem, że muszę obejrzeć coś obrzydliwie złego. I jak (prawie) zawsze sięgnąłem po dzieło Jana Komasy. W sumie "Miasto 44" (bo to o nim mowa, jeśli nie skapnęliście się jeszcze po tytule lub wielkim plakacie nieco wyżej) mogło się udać, bo gość w tym samym roku stworzył film o prostym tytule "Powstanie Warszawskie", który był dobry. Być może dlatego, że używał autentycznych zdjęć i nagrań z tamtego okresu więc Komasa nie mógł popisać się swoimi zdolnościami. Niestety hajs z "Sali Samobójców" zaczął się kończyć, "Powstanie" nie odniosła aż takiego sukcesu jaki miało więc trzeba było zrobić coś innego. Można było pójść nowatorską drogą (Jak w wypadku "Powstania Warszawskiego". Wiem, wciąż to powtarzam, ale dziwi mnie, że jeden człowiek zrobił w jednym roku dwa filmy o podobnej tematyce i jeden był świetny a drugi konsekwentnie zniszczył) ale można było po raz kolejny pójść po dobrze znanej drodze odgrzewanych kotletów i spróbować ugrać jeszcze więcej na siedemdziesiątej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. I tak, niedawno pisałem o "Kamieniach na Szaniec" ale teraz byłbym w stanie polubić te jednowymiarowe wersje bohaterów i nawet piosenka Dawida Podsiadło wydawałaby mi się na miejscu gdyby ktoś pozwolił mi zapomnieć o "Mieście 44" raz na zawsze.


Ale zanim zacznę moją erratę pozwolę sobie powiedzieć co w filmie jest ok. Bo dobre w większości dzieł Komasy nie jest nic. Wszystko jest co najwyżej ok. Ok są aktorzy. W sumie najbardziej znanym z nich jest Antek Królikowski więc można powiedzieć, że mamy do czynienia z niemal samą świeżą krwią. Nie jest to aktorstwo na poziomie wyjątkowo wybitnym ale jest wystarczające na tego typu produkcję. Niestety cała reszta filmu leży i prosi o dobicie jak poparcie Pawła Tanajno (0,1%). Aktorzy mogą grać niczym obsada cholernego "Władcy Pierścieni" czy "Ojca Chrzestnego" ale nawet najlepsi aktorzy nie uratują marnego scenariusza. Scenariusza polegającego na pokazaniu życia powstańców warszawskich. W sumie Komasa mógł pożyczyć od reżysera "Kamieni na Szaniec" scenariusz i zmienić nazwiska, bo zmiany są tylko kosmetyczne. Mógł też zadzwonić do twórcy "Sierpniowego nieba: 63 Dni Chwały" po scenariusz, zmienić nazwiska, wyrzucić muzykę Hemp Gru i oddać film do tłoczni. 2013 i 2014 zdecydowanie były latami, gdzie filmy o Powstaniu Warszawskim przebiły komedie romantyczne. Kolejną rzeczą, która woła o pomstę do niebios jest realizm. A raczej jego brak. Z "Miastem 44" jest jak z "Salą Samobójców". Są tu niby sceny poruszające i zmuszające do myślenia, ale w obu filmach jest tych scen może z pięć. I całe zastanawianie się nad życie odchodzi w zapomnienie a w jego miejsce wkrada się śmiech i zażenowanie. Sławetna scena z pocałunkiem w rytm dubstepu i kul wystrzeliwanych z MP43 (Cholernego MP43, karabinu, który potrafił zmasakrować mały oddział jednym magazynkiem) czy ogólne moralitety i pompatyczność niektórych scen niszczą wszystko w zalążku. Film jest nudny, szary, bury i ponury. Nie wyróżnia się niczym na tle innych filmów wojennych i gdyby nie Warszawa w tle pomyślałbym, że oglądam jeden ze słabszych odcinków "4 Pancernych i Psa" (Nie zrozumcie mnie źle, to fantastyczny serial) gdzie Janka Kosa z ekipą zastąpili jacyś młodzi akaowcy. 


Jan Komasa chciał chyba być polskim Spielbergiem i stworzyć swoją wersję "Szeregowca Ryana". Po "Powstaniu Warszawskim" kierował się zapewne zasadą: "Więcej, mocniej, lepiej" i owszem, było więcej (film to dwie godziny dziesięć minut nudy), było mocniej (scena wysadzenia przez Niemców zdobytego przez powstańców czołgu (scena autentyczna) robi wrażenie) ale niestety nie było lepiej. I zdenerwuję Was jeszcze bardziej drodzy czytelnicy. Film powstał przy współpracy w Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego i w części sfinansowany przez państwo. Wy, Wasi (i moi) rodzice, znajomi i inni krewni płacili za to żeby Komasa mógł stworzyć dziełko o powstańcach całujących się w rytm dubstepu. Jeśli taka byłaby prawda większość klubów muzycznych stałaby się najbezpieczniejszymi miejscami na Ziemi. Na koniec mój mały apel: Panie Komasa, aktorów dobierasz Pan ok, plenery też nie są najgorsze, ale na błagam Pana daruj sobie Pan ekscesy i dziwaczną pracę kamery i najważniejsze, zmień Pan ludzi odpowiadających za historię w Pańskich filmach. Wtedy będzie Pan dobrym reżyserem. A jeśli zrobisz Pan film fabularny co najmniej tak dobry jak "Powstanie Warszawskie" to będę pierwszy, który posypie głowę popiołem. 

sobota, 9 maja 2015

"Martwe Zło 2" czyli groovy

Ten wpis miał powstać tydzień temu, ale mi się nie chciało. W sumie nawet nie tyle, że mi się nie chciało co raczej coś w stylu: "Pora wreszcie napisać coś o "Evil Dead 2", ale najpierw pogram w "Wolfensteina". A potem muszę jeszcze obronić mój pas w "WWE 2k15" i w sumie jadę jeszcze dzisiaj w miasto więc napiszę to jutro. I tak zeszło mi z 30 kwietnia do 9 maja. Ale w końcu świat dowie się co sądzę o "Martwym Źle 2" (Ależ ta odmiana głupio brzmi). I w sumie całą recenzję można ująć w dwóch słowach: Sam Raimi. Albo horror komediowy. I Bruce Campbell. Jakkolwiek wolicie, "Evil Dead 2" to moim zdaniem małe arcydzieło.


Jeśli nie znacie Sama Raimiego to krótkie wyjaśnienie. Gość dał nam między innym oryginalną trylogię z Spider-Manem (2002-2007). Tak, tę która nie ssała, bo fabuła była w porządku a głównej roli nie miał Garfield (nie lubię gościa) a teraz tworzy sequel "Army of Darkness" (która była notabene trzecią częścią "Martwego Zła"). Raimi potrafi bawić się konwencją i nie obawia się używać sporej ilości juchy w swoich horrorach (Oprócz trylogii "Evil Dead" reżyserował także "Wrota do Piekieł", w sumie też polecam. Film równie śmieszny i wciągający co obrzydliwy) ale robi też coś czego o co bardzo ciężko w dzisiejszych czasach, nie nadużywa CGI. Właśnie dzięki temu stare horrory są tak kultowe. Te plastikowe stworki i tony ketchupu dziś może nie straszą tak jak kiedyś ale wciąż zadziwiać może ich pomysłowość.


Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Ash (Bruce Campbell, który jest, był i będzie jednym z najbardziej badassowych aktorów jaki stąpa po tym padole łez) przyjeżdża na romantyczny urlop wraz ze swoją dziewczyną Lindą. Na miejsce pobytu wybierają opuszczony domek w lesie i zapewne wszystko byłoby ok gdyby nie magnetofon z nagraniami fragmentów demonicznej książki "Necronomiconu" (sama książka to już element kultowy). Ash uruchamia magnetofon co uwalnia tytułowe Martwe Zło i rozpoczyna całą sieczkę. Tylko tyle, i aż tyle. "Martwe Zło 2" czerpie z największych horrorowych kliszy całymi wiadrami jednak łączy je z humorem. Humorem często absurdalnym i slapstickowym. Wiecie, ciasta lądujące na twarzy, skórki od banana na podłodze, próby zaduszenia przez własną rękę i odcinanie owej ręki piłą mechaniczną. Elementy humoru dają widzowi odpocząć i paradoksalnie poprawiają część horrorową, która straszy jeszcze bardziej. Plus główny bohater to mieszanka Sylvestra Stallone'a i Ricka z "The Walking Dead" do tego rzuca tekstami, które potem zaimplementował od niego sam Duke Nukem. 


Celowo nie dodaję żadnych zdjęć wcześniej wspomnianych maszkar, bo będziecie bardziej zaskoczeni gdy zobaczycie je oglądając samemu. Dość powiedzieć, że stworzone są z niesamowitą dozą inwencji twórczej i w równym stopniu obrzydzają co zachwycają. 
I to jest właśnie "Evil Dead 2", film który postarzał się z godnością i wciąż jest wart polecenia. Gdybym wystawiał tu oceny dzieło Sama Raimiego dostałoby coś w okolicach 9+/10. A recenzje pojawiać się będą o wiele częściej chyba, że nastąpi epidemia zombie, bo wtedy będę pewnie walczył o przetrwanie na ulicach Zabrza. Ale w moje łapki wpadła "To nie książka" autorki "Dziennika, który zniszczył mi życie" (czy jakoś tak) i już po prostu nie mogę się doczekać aby zmieszać ją z błotem. I to solidnie.

czwartek, 30 kwietnia 2015

"Czas Apokalipsy" czyli przypadkowe rozkminy filozoficzne.



This is the end
Beautiful friend
This is the end
My only friend, the end

Czym innym mógłbym zacząć mój wywód? Piosenka "The End" grupy The Doors jest utożsamiana z "Czasem Apokalipsy" jak nic innego. Piosenka trwająca 11 minut pierwotnie miała trwać minut 6 jednak Jim Morrison podczas jednego ze swoich narkotykowych odjazdów (koledzy z zespołu musieli wynosić go z hotelowego pokoju) zaczął tworzyć do niej tekst na żywo przez co grupa otrzymała jeden z najbardziej rozpoznawalnych hitów. Jaki ma to związek z filmem dzisiaj omawianym? Żaden, to po prostu ciekawostka o której warto powiedzieć. Ale "Czas Apokalipsy" pozostaje filmem ponadczasowym nie tylko z powodu muzyki. 


Za reżyserię wziął się nie byle kto, bo sam Francis Ford Coppola, który jest jednym z moich ulubionych mistrzów kamery (Mało co przebije "Ojca Chrzestnego" w moim prywatnym rankingu). Coppola oparł film na książce Josepha Conrada (właściwie Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego, bo gość był Polakiem) "Jądro Ciemności" jednak przeniósł czas akcji do okresu Wojny w Wietnamie. Rolę główne otrzymali Martin Sheen (ojciec Charliego Sheena) i Marlon Brando (widoczny na zdjęciu powyżej) i co tu dużo mówić, zniszczyli mi każdy film o Wietnamie. Bo żaden film nie będzie taki jak "Czas Apokalipsy". Marlon Brando znany z "Tramwaju Zwanego Pożądaniem" i chyba najbardziej z roli Dona Vito Corleone w "Ojcu Chrzestnym" w "Czasie Apokalipsy" pokazał jak to jest być prawdziwym szaleńcem. 


Zacząłem już mówić co nieco o fabule więc dlaczego nie zagłębić się w nią jeszcze bardziej?
Otóż gdzieś na granicę z Kambodżą zostaje wysłany Kapitan Benjamin L. Willard (Sheen) z zadaniem wyeliminowania Pułkownika Waltera E. Kurtza (Brando), który podobno kazał zastrzelić swoich żołnierzy i obwołał się przywódcą jednego z dzikich plemion zamieszkujących dżunglę. Misja wydaje się prosta, jednak grupa wojowników (w jej skład oprócz Kapitana wchodzą także surfer, kucharz i chłopak z Bronksu) idąc głębiej w wietnamską dżunglę natykają się na coraz dziwniejsze rzeczy. Żołnierze surfujący podczas bombardowania czy helikoptery grające "Cwał Walkirii" Wagnera to jeszcze nic. Dżungla robi się coraz dziksza, ciemność zaczyna pożerać świat a bohaterowie zauważają jak bezsensowne jest to co dzieje się wokół nich. Walka Willarda i Kurtza na początku wydaje się typową walką dobra ze złem, jednak potem to postać Sheena powoli zatraca się w sobie i zaczyna wątpić czy jego misja jest naprawdę konieczna. 


"Apocalypse Now" (w sumie to bardziej pasujący tytuł, choć nasz nie jest najgorszy) to film ciężki i zmuszający do przemyśleń. Czy wojna ma w ogóle jakikolwiek sens? Ile warte są ideały człowieka? Czy apokalipsa może nastąpić w każdej chwili? Jak nisko może upaść człowiek? Te wszystkie pytania przewijają się przez cały film i zostawiają widza z godzinami przemyśleń. O ile "Jądro Ciemności" pokazywało problem segregacji rasowej i rasizmu jako takiego, "Czas Apokalipsy" pokazuje najgorsze ludzkie wartości i przygniata nimi widza z siłą trzech ton.
"Czas Apokalipsy" stał się ogromnym hitem również w naszym kraju. Wypuszczony w roku 1981 stał się fenomenem, który każdy chciał obejrzeć. Antywojenny wydźwięk i hit The Doors sprawiły, że film stał się kultowy już w tym samym roku. Władze starały się go zdjąć, ale każdy jak chciał obejrzał dzieło Coppoli. W tym okresie powstało też jedno z moich ulubionych (i najbardziej porażających mnie) zdjęć.


Górująca nad wszystkim nazwa kina "Moskwa" pokazuje kto tak naprawdę pociągał za sznurki w tamtym czasie, tytuł filmu mówi co działo się w kraju a czołg stojący na parkingu przed kinem to, jak rząd starał się prawo egzekwować.
To już koniec moich filozoficznych wywodów związanych z filmem. Pamiętajcie, wojna to nic fajnego. Zacząłem ten cytat fragmentem "The End" więc podobnie jak w "Czasie Apokalipsy" koło zostanie domknięte.

The end of laughter and soft lies 
The end of nights we tried to die 
This is the end…