sobota, 13 lutego 2016

10 typów ludzi, których nienawidzę, czyli lista pełna żółci.

Jak dobrze wiecie jestem raczej introwertycznym stworzeniem, takim co to nie przepada za masowymi imprezami (z wyjątkiem koncertów) i woli raczej siedzieć ze znajomymi w pubie niż wywijać na parkiecie. Jednak czasami i ja pojawiam się na takich imprezach i zazwyczaj obserwuję ludzi. Wyrobiłem sobie o nich jakąś opinię, i nie uważam, że krytyka niektórych z nich jest czymś złym. Dlatego, jeśli któryś z dziesięciu typów, o których zaraz napiszę poczuje się urażony to trudno, znajdź więcej dystansu do siebie i zrozum, że nie każdy musi Cię uwielbiać. Dlatego bez zbędnego gadania ruszamy na listę moich najbardziej znienawidzonych typów ludzi.

10. Użytkownicy produktów Apple.

Żeby nie było, nie uważam, że każdy kto używa sprzętu z jabłkiem w logo jest najgorszym z najgorszych, dlatego ten typ wylądował na samym końcu listy. Chodzi mi o ludzi, którzy kupują bezmyślnie produkty Apple tylko dlatego, że są drogie. Nie mówiąc już o tym, że ich produkty zatrzymały się technicznie gdzieś w 2011 i od tamtego czasu sprzedają to samo w ładniejszej obudowie.

9. "Gimbojutuberzy" (i ich fani)

YouTube to świetny portal. Można tam znaleźć praktycznie wszystko. Dlaczego więc najczęściej wyszukiwany jest internetowy rak? Wszystkie Gimpery, Blowki, Isamu i inne 5 Sposobów Na to internetowe zakały trzepiące pieniądze na gimnazjalnej fanbazie. Pal licho gdyby szerzyli głupotę tylko w internecie, ale kiedy to przenosi się do realnego świata, pojawia się problem. Wszystkie ich zloty czy nawet tak niepotrzebne rzeczy jak organizowanie spotkań na innych imprezach i blokowanie przejść (przeżyłem nalot tak zwanej "JP Armii" na IEM) powinny zostać zakazane.

8. "Glonojady"

Nie mam nic do okazywania sobie czułości publicznie. To czasami wygląda nawet uroczo i na pewno sprawia zakochanym radość, jednak kiedy taka para zaczyna publicznie wpychać sobie język do gardła, mnie zbiera się na wymioty. Róbcie to w domu/na imprezach/w odosobnionym miejscu, a nie na przystanku w godzinach szczytu.

7. "Lingwiści"

Żyjesz w Polsce czy w USA? Jeśli wybrałeś pierwszą odpowiedź to powinnaś/powinieneś używać języka polskiego. Mów "studniówka", a nie "prom", mów "urodziny", a nie "birthday". Rozumiem, że świat staje się globalną wioską, ale pewne zasady powinny zostać zachowane.

6. Fani Nickelback

Po prostu. Idźmy dalej.

5. Gimnazjalni buntownicy

Masz 13 lat i uważasz, że wiesz najlepiej, widziałeś wszystko, a gdy mama daje Ci pieniądze na śniadanie idziesz kupić z kolesiami paczkę fajek "na trzech"? Gratuluję, wygrywasz tytuł idioty. Możesz już iść grać w CS:GO i obrażać matki innych przez mikrofon. Naprawdę, ciężko znaleźć bardziej denerwujący typ ludzi niż gimnazjaliści, którzy po opuszczeniu podstawówki uważają się za dorosłych.

4. Królowe Emoji.

Tytuł może trochę mylić, bo do tego typu zaliczają się obie płcie, ale tak ładniej brzmi. Emoji w ogóle jest według mnie strasznie irytujące, pokazując jak nasz świat dąży do autodestrukcji. Jednak w używaniu zabawnych minek i obrazków jako dodatku do komentarza, lub informacji nie ma niczego złego,to w używaniu ich samych bez niczego doprowadza mnie do białej gorączki i świadczy o inteligencji postującego.

3. Snapchatowi Sportowcy

Znacie to? Jestem pewien, że znacie. Każdy ma/miał na liście snapchatowych znajomych tą jedną osobę wrzucającą codziennie zdjęcia z siłowni lub Endomondo, najczęściej opatrzone odpowiednim emoji. Fajnie, że jesteś wysportowany lub chcesz coś ze sobą, ale czy musisz dzielić się tym z całym światem?

2. Blogerki Modowe.

Przynajmniej te, których blogi opierają się na kilku zdjęciach, a jedynym tekstem jest cena danego produktu. Gdybym chciał poprzeglądać obrazki produktów i ich ceny wszedłbym na stron sklepu. Wymagam porządnego opisu, mocnych i słabych stron produktu, a nie tylko ładnych zdjęć na kremowym tle.

1. Pozerzy

Goście, którzy znają "Nothing Else Matters" i uważają się za największych fanów metalu na świecie, goście grający w "Minecrafta" uważający się za największych nerdów, ewentualnie laski wrzucające zdjęcie w okularach na swojego Instagrama opatrzone hasztagiem #NERD. Naprawdę nienawidzę tego typu ludzi, nie wiem nawet skąd się bierze. Czy ci ludzie mieli trudne dzieciństwo? Nie byli lubiani? Albo może po prostu są cholernymi egoistami goniącymi za najnowszymi trendami? Cytując klasyka: "Nie wiem, ale się domyślam"

I to byłby koniec mojej małej użalki. Jako, że zaczęły mi się ferie już niedługo możecie się spodziewać jakiejś recenzji, może wybiorę się na "Deadpoola" nawet, nie wiem, zobaczymy... Jak na razie trzymajcie się i pozostańcie dziwni Kisielomaniacy.

środa, 27 stycznia 2016

"Ciemniejsza strona Greya", czyli nie mam pojęcia co robię.


Co ja robię ze swoim życiem? Dlaczego ostatni wpis pojawił się trzy tygodnie temu? Gdzie jest wpis o drugich świętach? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Odpowiedziałbym na te wszystkie pytania, ale na mojej drodze stanęła cholerna E.L James, najbardziej amerykańska z brytyjskich kur domowych z kolejną częścią swojego bestselleru. Czy jest dobra? A czy zdjęcie które wrzuciłem na górę tego wpisu jest dobrej jakości? Zresztą pierwsza część ssała jak mało co więc czego można spodziewać się po drugiej? Zanurzmy się więc w tym szambie z wenecką maską na okładce.

 Rozważmy szybko kwestię fabuły. Jest. Na Adanosa, jest. I nawet trzyma się nomen omen kupy. Przynajmniej bardziej niż w części pierwszej. Anastasia Steele i Christian Grey (wciąż nie mylić z Dorianem Grayem) są w związku i ogólnie zrobiło się milutko, on już jej nie biczuje i takie tam, w ogóle cud, miód i orzeszki. Jednak Grey ma swoją ciemniejszą stronę (na co wskazuje sam tytuł). Książka pełna jest bali, przygód i afer miłosnych więc akcja gna do przodu na złamanie karku. I przez to pełna jest dziur i nieścisłości. Ale o tym nie trzeba mówić, prawda? Postacie nadal są płaskie, pojawia się ich coraz więcej, coś tam mówią, nic nie wnoszą do fabuły i znikają. Ten schemat powtarza się mniej więcej przez całą książkę, więc po pierwszym rozdziale macie dość. E.L James dokonała niemożliwego, podwoiła nudę pierwszej części tworząc historię w której się gubi. Widać było, że mierzyła w coś więcej niż ostatnio jednak zbyt to zagmatwała.

Część druga powtarza wszystkie błędy poprzedniczki. Naprawdę starałem się zrozumieć fenomen tej serii, rozumiem, że jam nieudacznik, grafoman i śmieć, ale naprawdę nie widzę 
 niczego dobrego w tej części. Chociaż nie, jest jeden plus! "Ciemniejsza Strona Greya" ma więcej opisów, które można omijać i nie czuć się z tym źle, więc paradoksalnie czyta się ją szybciej niż poprzedniczkę.

Mam dość tej serii. Na szczęście do końca pozostała mi już tylko ostatnia część książkowej sagi i cholerne dwa filmy. Mam nadzieję, że chociaż adaptacje okażą się równie śmieszne co część pierwsza. Albo rynek będzie już przesycony sadomasochistycznym milionerem, że część trzecia w ogóle nie powstanie. A ja postaram się pisać regularnie. 
 

środa, 6 stycznia 2016

Podsumowanie roku 2015 część druga, czyli 5 rzeczy negatywnych.


Poprzednio przyjrzałem się 7 rzeczom lub wydarzeniom roku 2015 z którym jestem zadowolony i które zostawił miłe wspomnienia. Dziś jednak będzie trochę mniej kolorowo, bo następujące 5 punktów dotyczyć będzie największych porażek minionego roku. Czyli ogólnie narzekam. Bez zbędnego wstępu (bo ten można przeczytać w poprzednim wpisie) przechodzimy do rzeczy.
NEGATYWY

5. Weź Pan te piksele.

Ostatnio zachwycałem się filmami powstałymi w 2015 jednak stwierdziłem, że pomimo wysypu zaskakująco dobrych produkcji znalazło się kilka baboli. Teraz więc pora wlać beczkę dziegciu do tego morza miodu. "Piksele", "Terminator: Genesis", "Fantastyczna Czwórka", "50 Twarzy Greya", druga część "Kosogłosa"... Lista ciągnie się jeszcze o wiele, wiele dalej. Rok 2015 to masa filmów wątpliwej jakości, czy to żerującej na nostalgii (wspomniane "Piksele" czy wskrzeszenie Arnolda jako Terminatora), starających się zarobić na sukcesie "dzieł" pisanych ("Kosogłos" i Grey co lubił biczować) czy po prostu słabych i pozostawiających uczucie zażenowania. Jednak złe filmy powoli zanikają więc patrzę z nadzieją na 2016 i wszystkie te "Deadpoole", które nadchodzą.

4. "Jaaaaasiu Jaaaasiu" czyli elegia o polskim YouTube.

YouTube w Polsce wciąż jest jeszcze raczkującym berbeciem w porównaniu do tego jak rozwinięty jest chociażby w Stanach Zjednoczonych. Jednak "stara gwardia" polskiego YT, ludzie, którzy naprawdę coś wnosili w swoich materiałach odchodzi w niepamięć i zasypywani jesteśmy kolejnymi Ajgorami czy Dżejami Dąbrowskimi. I owszem, jest jeszcze grupa ludzi robiących profesjonalne materiały, jednak 3/4 "Tuby" to CS: GO nagrywany przez ludzi, którzy jeszcze pół roku temu zachwycali się "Minecraftem"

3. Kontuzje, kontuzje, kontuzje...

Bardzo lubię oglądać wrestling. To już powinniście wiedzieć. Jednak rok 2015 to czarna karta w historii WWE. Mistrz Seth Rollins, legenda Sting, niesamowicie niedoceniany Cesaro albo najlepszy zawodnik na świecie, Daniel Bryan to tylko szczyt listy kontuzjowanych w 2015. Niektórzy z nich już wrócili, dla niektórych powrót planowany jest w okresie wakacyjnym, a dla jeszcze innych cała przyszła kariera stoi pod znakiem zapytania. To w sumie dość smutne, szczególnie patrząc na liczbę osób mówiących "wrestling jest udawany, tak naprawdę nic im się nie dzieje". 

2. Ostatnie pożegnania.

"American Dream" Dusty Rhodes, "Rowdy" Roddy Piper, Christopher Lee, Lemmy Kilmister, Wes Craven, Satoru Iwata, Terry Pratchett... tu podobnie lista jest bardzo długa. Niektórzy młodsi, niektórzy starsi. Piosenkarze, aktorzy, pisarze, wrestlerzy... Każde z wypisanych powyżej nazwisk jest sporą częścią mojego życia, zaśmiewałem się przy "Świecie Dysku", piłem whisky przy "Ace of Spades" i zachwycałem "Władcą Pierścieni" i "Gwiezdnymi Wojnami". To naprawdę smutne, że tak wybitnych person nie ma już na tym padole łez.

1. Moje postanowienie noworoczne AD 2015.

"Być lepszym człowiekiem.", na tym zaczynała i kończyła się moja lista noworocznych postanowień. Niestety, choć próbowałem to samo postanowienie zapisałem pierwszego stycznia 2016. Choć czynię drobne postępy można to opisać zdaniem "Krok do przodu, dwa kroki w tył". Może w przyszłym roku (kiedy będę miał już 2137 obserwujących i własny "merczendajs") w sukcesach 2016 pojawi się wypełnienie postanowienia. 

I to by było na tyle. Przebrnęliśmy przez cały rok 2015 a 2016 przed nami. A jakie są Wasze najgorsze wspomnienia minionego roku? Podzielcie się nimi!

PS. Wasz uniżony sługa jest aktualnie na Podlasiu, gdzie celebruje święta Bożego Narodzenia po raz drugi. Dlaczego? Dowiecie się jak wrócę! Jednak ewentualny kontakt ze mną będzie teraz dość utrudniony... nadal łudzę się, że to będzie JAKIKOLWIEK kontakt.... Jestem samotnym człowiekiem. To smutne. 

piątek, 1 stycznia 2016

Podsumowanie roku 2015, czyli 7 rzeczy dobrych, które przydarzyły się minionego roku.


Rok 2015 odszedł już w niepamięć, a przed nami otwiera się pusta kartka jaką jest 2016. Najprawdopodobniej nic się nie zmieni, siłownie znów pełne będą ludzi z postanowieniami noworocznymi, jednak w połowie stycznia owi ludzie znikną i pozostaną ci sami, stali bywalcy (z łysymi głowami i kwadratowymi szczękami), ci którzy obiecywali sobie rzucić palenie już za 3 dni będą stali w kolejce po fajki. 
Dla wielu (w tym dla mojej skromnej osoby) ranek 2016 zaczął się bólem głowy, nie ma w tym nic dziwnego, jednak gdy teraz już nieco się ogarnąłem postanowiłem oddać się krótkiej refleksji na temat minionego roku, co było dobre, a co wręcz przeciwnie. Wyszła mi skromna lista składająca się z 12 punktów, które wzorem serwisu Whatculture.com postanowiłem podzielić na wydarzenia przyjemne (których o dziwo wyszło 7) i nieco mniej. Więc odpowiedzmy na pytanie: "Jaki był rok 2015"
POZYTYWY

7. Na dobre rozpocząłem swoje koncertowe przygody.

Pidżama Porno, Kult, Hey i Kabanos to tylko niektóre z zespołów, które miałem okazję oglądać na żywo (niektóre nawet po 2 razy) i nieważne czy było to miejsce na płycie w katowickim Spodku, czy występ na dniach miasta Pszczyna, na każdym bawiłem się tak samo wybornie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku oprócz zespołów wymienionych wyżej (na które na pewno pójdę po raz kolejny) na moją ścianę biletów dołączą te bardziej międzynarodowe.

6. Blog to w sumie fajna sprawa.

Dokładnie 6 lutego 2015 powstały Kisiela Rozkminy Wszelakie. Powstały warto dodać w wyniku nudy i chęcią podzielenia się ze światem moimi często kontrowersyjnymi (prawie spłonąłem za uznanie "Igrzysk Śmierci" za gniot) opiniami o wszystkim i niczym. Jak na razie moja radosna pisanina osiąga średni sukces (moja wina jest w tym spora, przyznaję), ale ktoś to czyta więc w 2016 zamierzam poprawić się i wspiąć się na szczyt blogosfery. Tak, czasami jestem przemądrzałym dupkiem, ale kocham wszystkich, którzy czytają moje opinie, zapraszajcie znajomych, zaparzę herbaty.

5. Odwiedziłem Londyn (po raz drugi).

W stolicy Anglii byłem już w 2010, jednak miałem wtedy 13 lat i moim najjaśniejszym wspomnieniem było to, że pani, która nas przetrzymywała miała na górze PlayStation 2 więc mogliśmy pograć. W zeszłym roku było jednak inaczej. Londyn okazał się iście magicznym miejscem, począwszy od muzeum techniki, po urokliwe, angielskie puby. Czy zamierzam tam wrócić? Niekoniecznie w 2016, jednak gdy już będę miał na koncie sumy siedmiocyfrowe (najlepiej byłoby gdyby żadna z nich nie była zerem) na pewno zabawię w Londynie. Ale, że Starbucks jest urządzony dokładnie tak samo jak w Polsce to Wy wiedzcie. 

4. 2015 to sezon osiemnastek rocznika '97.

Zasadniczo sezon osiemnastkowy rozpocząłem już w 2014, ponieważ impreza sylwestrowa była przy okazji przyjęciem z okazji osiemnastych urodzin, jednak to był dopiero początek. Począwszy od zabrzańskiego Domu Harcerza, przez Kalety, Brusiek, klub w Katowicach, Rudę Śląską i wiele innych a skończywszy na byłym... domu publicznym 2015 obfitował w niesamowite przygody, o których nawet filozofom się nie śniło. Moby Dick, rów melioracyjny, naleśniczki i "Sen o Victorii" Dżemu, reszta niech lepiej pozostanie w strefie domysłów. Albo może kiedyś o tym napiszę. Nie wiem.

3. Moc przebudzona.

Jakie było wydarzenie roku 2015? Kondycja reprezentacji, która poprawiła się o jakieś 2000% i zagwarantowała Polsce wyjazd na Euro? Nowy prezydent? Seth Rollins zdobywający mistrzostwo WWE podczas walki wieczoru Wrestlemani? Jak dla mnie była to grudniowa premiera "Przebudzenia Mocy". VII część kultowej sagi nie zawiodła i zmyła wyobrażenie o słabych epizodach I i II ("Zemsta Sithów" była spoko). Nie będę się rozpisywał, ponieważ zupełnie niedawno stworzyłem dość obszerną recenzję. A mówiąc już o filmach.

2. W końcu dobre popkorniaki.

Rok 2015 zapisze się złotymi zgłoskami w historii kinematografii. Owszem, zdarzyło się sporo kaszan (o których będzie później) jednak natłok niesamowicie i zaskakująco dobrych produkcji przysłonił te złe. Co zobaczyliśmy? Nowego "Mad Maxa", który do czasu "Gwiezdnych Wojen" był moim numerem 1. "Birdmana" z Michaelem Keatonem, który podreperował swoją reputację. Disney zaskoczył "W głowie się nie mieści", który był niesamowicie poważną produkcją jak na film Pixara a na naszym podwórku pojawiło się całkiem niezłe "Carte Blanche" z Andrzejem Chyrą.

1. Nie tylko "Wiedźmin" 

Kondycja polskich gier komputerowych to zabawna sprawa. Do 2007 byliśmy znani z wydawania budżetowych strzelanek robionych na jedno kopyto. Wiecie, tych gier z koszy w supermarketach kosztujących 9,99 zł. Później pojawił się pierwszy "Wiedźmin" który otworzył polskim wydawcą międzynarodową drogę. Kilka lat później powstał sequel, a w czerwcu 2015 światło dzienne ujrzała finałowa część epickiej przygody. Posypały się nagrody, wielu ludzi już uznaje "Dziki Gon" za grę roku a studio CDP Red stało się ważnym graczem na arenie międzynarodowej. Jednak oprócz finałowej przygody Geralta ukazało się sporo zaskakująco dobrych tytułów. "This war of mine" pokazujący wojnę oczami cywila, "Zaginięcie Ethana Cartera" które było niesamowicie wciągającą i prześliczną przygodówką, "Lords of the fallen" czyli polska odpowiedz na arcytrudne gry RPG i wiele, wiele innych, także gier niezależnych, w tym przypadku rok 2016 zapowiada się zaskakująco dobrze.

To by było na tyle jeśli chodzi o rzeczy dobre, a jutro możecie spodziewać się nieco mniej przyjemniej listy. A jak Wy spędziliście rok 2015? Dajcie znać. 




piątek, 25 grudnia 2015

"Przebudzenie Mocy", czyli ochłonąłem po premierze.


Ten wpis miał powstać dnia 20 grudnia jednak opierałby się na zdaniu "VII część sagi to najlepszy komercyjny film 2015." więc pisanie o nim świeżo po premierze nie miałoby sensu. Teraz, równy tydzień po premierze moje emocje trochę opadły, jednak wciąż twierdzę, że "Przebudzenie Mocy" to najlepszy film 2015. Tak, jestem fanboyem marki, uważam, że Nowa Trylogia była znośna (poza kilkoma oczywistymi wyjątkami z Jar Jarem na czele) a tą starą traktuję jako najświętszą markę w historii kina i prawdziwą ikonę popkultury. Niedziwne więc, że gdy Disney przejął prawa do marki miałem obawy. Bo z jednej strony "Avengers", "Toy Story" i "Piraci z Karaibów", ale z drugiej czają się "Zaczarowana" i inne "Krainy Lodu". Do kina szedłem więc pełen mieszanych uczuć, można nawet powiedzieć, że z gorzkim przeczuciem rozmieniania marki na drobne. "Gwiezdne Wojny" atakowały zewsząd. Pal licho plakaty, rozumiem, taka premiera musi być odpowiednio nagłośniona. Masie zabawek też nie można się dziwić (niektóre są całkiem dobre, na przykład oficjalne zestawy pewnych duńskich klocków) jednak preparaty do włosów, kosmetyki i znane sieci sklepów podpinające się pod markę zaczęły mnie trochę martwić. Na szczęście wszystkie moje obawy rozwiały się gdy usiadłem w fotelu i napiłem się coli z mojego specjalnego gwiezdnowojennego kubka (z figurką Kylo Rena!) które kino za drobną dopłatą dawało zamiast zwykłych, papierowych kubków.

Tuż po zobaczeniu loga Lucasfilm miałem ciarki na plecach, gdy na ekranie pojawił się kultowy tekst "Dawno, dawno temu w odległej galaktyce" poczułem się jakby znowu był rok 2005 gdy siedziałem w tym samym kinie oglądając "Zemstę Sithów". Potem było już tylko lepiej. 

"Przebudzenie Mocy" jest filmem od fanów dla fanów. Widać w nim hołd dla klasyki (Han Solo i księżniczka (teraz w sumie generał) Leia grają wielkie role w historii) jednocześnie wprowadzając wiele unowocześnień. O fabule ciężko powiedzieć cokolwiek nie zdradzając zbyt wiele, jednak postaram się to zrobić. 30 lat wcześniej rebelia zniszczyła drugą Gwiazdę Śmierci, Imperator nie żyje (czy aby na pewno?) i ogólnie wydaje się, że w galaktyce w końcu nastąpił pokój. Senat wznawia swoją działalność, Luke Skywalker zaczął trenować nowych rycerzy Jedi i nic nie zapowiada katastrofy. Niestety na gruzach Imperium powstaje organizacja Nowy Porządek (The First Order) na czele której stoi tajemniczy Kylo Ren chcący kontynuować dzieło Dartha Vadera. Ogólnie cały Nowy Porządek to takie Imperium, ale z zapędami faszystowskimi i kultem wodza. Jakby tego było mało Luke zaginął więc nie może pomóc w walce. Niezależnie od Senatu powstaje Ruch Oporu i galaktyka znów pogrążona jest w wojnie.
Tyle o fabule, gdyż jest zadziwiająco spójna i odpowiednio ciekawa (a to Disney) i warto poznać ją samemu. Jednak bardziej od tła fabularnego zachwycają bohaterowie. Kylo Ren dopóki nie zdjął maski wydawał mi się godnym następcą Vadera, a szturmowiec Finn (który wydawał mi się postacią całkowicie zbędną) okazał się jednym z najprzyjemniejszych bohaterów rozładowujących atmosferę w odpowiednich momentach (szczególnie w duecie z Harrisonem Fordem).

Ogólnie rzecz ujmując "Przebudzenie Mocy" to napompowany akcją i humorem film, który zaciekawi nowych widzów i zadowoli starych wyjadaczy epickiej space opery. Osobiście sam zamierzam pójść do kina drugi raz, wyłapać wszystkie mrugnięcia okiem i detale, któe przegapiłem podczas pierwszego seansu.

PS. W filmie trup ściele się zaskakująco gęsto (nawet szturmowcy w końcu trafiają z blasterów) jednak zgonu jednego z żołnierzy Nowego Porządku (nazwanego przez fanów TR - 8R) nigdy nie zapomnę. Obejrzyjcie, zrozumiecie.


wtorek, 15 grudnia 2015

"Scott Pilgrim kontra świat" czyli film idealny dla mnie?


Ostatnio siedziałem wyjątkowo się nudząc. Zdarza mi się to niezwykle rzadko, gdyż najczęściej znajduję sobie jakieś (najczęściej zajmujące i bezsensowne) zajęcie. Tym razem padło na przejrzenie listy "Do obejrzenia" na Filmwebie, wśród masy klasycznych pozycji znalazłem to niepozorne dziełko z dopiskiem "Umrę jak nie zobaczę" więc jak najszybciej nadrobiłem tyły i poświęciłem godzinę 51 minut na podróż do dość zwariowanego świata Scotta Pilgrima.

Naszego bohatera możecie zobaczyć na plakacie powyżej, to ten młody gość ze zmierzwionymi włosami, w czerwonej koszulce i z frotką na ręku. Gra w kapeli rockowej i w sumie to nawet aż tak nie narzeka na swoje życie i da się go lubić (Halo, Panie Dominiku z "Sali Samobójców") ma współlokatora - geja, zaczął chodzić z Azjatką, jego kapela bierze udział w konkursie talentów, w ogóle cud, miód i orzeszki. Ale oczywiście coś musi się skomplikować i sympatyczny bohater wpada na dziewczynę swoich marzeń, Ramonę Flowers (To ta z fioletowymi włosami) problem jest jednak jeden, żeby myśleć o "czymś więcej" Scott musi pokonać 7(!) byłych chłopaków Ramony. 


Nie chcę spoilerować dalszej części fabuły filmu, ponieważ jest odpowiednio zakręcona, trzyma w napięciu i naprawdę warto poznać ją na własną rękę. Wystarczy powiedzieć, że film czerpie z popkultury całymi garściami, nawiązuje do gier komputerowych, anime, mangi, parodiuje filmy akcji i dramaty dla nastolatków i po prostu jest świetną komedią z elementami fantasy, wystarczy tylko, że jesteście (a jestem pewien, że jesteście) nieco mniej spięci niż niektórzy użytkownicy portalu Filmweb (którzy jadą po tym filmie niczym po burej suce z drugiej strony wychwalając takie smętne pierdoły jak "Paranormal Activity" czy inne smutne "Zielone Mile". "Scott Pilgrim kontra świat" to świetny film na rozluźnienie po ciężkim dniu w szkole/pracy.

Edgar Wright nie robi złych filmów, "Wysyp Żywych Trupów" był świetnym pastiszem horrorów z zombie (I to jeszcze przed "The Walking Dead" i całym boomem na nie), "Hot Fuzz" genialnie parodiowało klisze filmów akcji, a moje osobiście ulubione "To już jest koniec" (Nie mylić z amerykańskim filmem Jamesa Franco, który był moim zdaniem dość słaby) wyznaczył mi nowy cel w życiu, zaliczenie "Złotej Mili" (12 knajp w jedną noc), i był sam w sobie satyrą na kino science fiction. Co prawda w przygodach Scotta Pilgrima nie uświadczymy ani Simona Pegga, ani Nicka Frosta ani tym bardziej Martina Freemana (serialowego Watsona) którzy są charakterystycznymi dla kina Wrighta aktorami, to nowa, młodsza zmiana zrobiła kawał dobrej roboty (szczególnie Kieran Culkin, brat Kevina samego w domu) i brak znanych twarzy nie boli. Jednym zdaniem, jeśli macie dystans do otaczającego Was świata i chcecie przestać myśleć o problemach obejrzyjcie i zakochajcie się w perypetiach Scotta Pilgrima.

sobota, 28 listopada 2015

Zacny kwas milordzie, czyli 10 surrealistycznych filmów.

Uprzedzając pytania - obraz "Miękka konstrukcja z gotowanej fasolki (Przeczucie Wojny domowej)" Salvadora Dalego jak można się domyślić

Zasadniczo od poprzedniego wpisu minęło kilka tygodni. To dużo jednak teraz powinienem wrócić do regularnego trybu pracy, gdyż mam już przygotowane stanowisko (pokój) łącznie z najpotrzebniejszymi rzeczami (Bez łóżka co prawda, ale to temat na inną historię). Jednak kiedy za oknem pada śnieg, deszcz, grad i plucha aż chce się udać w niesamowity świat fantazji. Dlatego przedstawiam Wam listę 10 filmów, których twórcy byli na ostrym kwasie.

10. "Pies Andaluzyjski" (1929)

Od czego innego mogłem zacząć odliczanie? "Pies Andaluzyjski" jest dziadkiem surrealistycznego kina i gdyby nie powstał zapewne nie oglądalibyśmy innych dzieł z tego zestawienia. Trwa co prawda 16 minut jednak potrafi ostro pomieszać w głowie.
Zresztą czego spodziewać się po filmie, gdzie scenarzystą był Salvador Dali?

9. "Beavis & Butt-Head zaliczają Amerykę" (1996)

Beavis i Butt-Head to duet znany fanom MTV (Tego MTV gdzie leciała muzyka z przerwami na seriale, a nie seriale z przerwami na reklamy). Dwójka irytujących kumpli podbiła serca fanów ciętym dowcipem i absurdalnymi sytuacjami, jednak w 1996 ta jedna z pierwszych kreskówek dla starszych widzów ("South Park" powstał rok później) doczekała się filmu pełnometrażowego. Co w nim psychodelicznego? Oprócz samej fabuły (która jest głupawa jak na duet B&B przystało) scena kiedy dwójka kumpli dostaje zwidów na pustyni potrafi nieźle zryć beret.

8. "Mulholland Drive" (2001)

David Lynch nigdy nie robił normalnych filmów. Gdybym brał pod uwagę także seriale, na pewno znalazłoby się tu kultowe "Miasteczko Twin Peaks" ale w kwestii filmowej to "Mulholland Drive" wiedzie prym. Gęsty klimat, tajemnica i psychodeliczny scenariusz to typowe dla Lyncha środowisko jednak tu przebił wszystko.


7. "Koyaanisqatsi" (1982)

Nie wiem co można powiedzieć o filmie bez fabuły. Nie pada w nim żaden dialog, nie ma nawet narratora, cały film opowiada po prostu historię cywilizacji poprzez materiały filmowe i archiwalne zdjęcia. Film dość psychodeliczny, i zważywszy na datę powstania imponujący.


6. "Sztuka Spadania" (2004)

Krótkometrażówki są idealnym gruntem pod surrealistyczny plew, a małe arcydziełko Tomasza Bagińskiego jest na to idealnym przykładem. Ogólnie rzecz ujmując cały film to 6 minut gorzkiego, czarnego humoru i w pewnym sensie kontynuacja tego, co rozpoczął Kubrick w "Full Metal Jacket". Film jest łatwo dostępny na YouTube więc idźcie i oglądajcie bez zbędnych pytań.


5. "Rocky Horror Picture Show" (1975)

W połowie drogi jeden z trzech musicali, które toleruję. Rola Tima Curry'ego stała się kultowa w pewnych kręgach, a piosenki są nad wyraz przystępne. O czym to w zasadzie jest? Mieszanka horroru, komedii, musicalu i filmu sci - fi już sama w sobie jest dziwna, dodajcie do tego pokręconą fabułę zaczynającą się jak typowy slasher i macie przepis na naprawdę dziwny film.


4. "Labirynt Fauna" (2006)

Jeśli miałbym opisać ten film jednym zdaniem powiedziałbym, że to Narnia dla starszych dzieci. Niesamowity baśniowy klimat i zapierające dech w piersiach efekty to główne atuty tego filmu, jednak fabułę również jest wciągająca, z połączenia tego całego baśniowego misz - maszu z historią o generale Franco wyszło zgrabne, ryjące mózg połączenie. Guillermo del Toro w najlepszej formie.


3. "Las Vegas Parano" (1998)

"Las Vegas Parano" wydaje się być idealnym przykładem surrealistycznego filmu. Dwójka podróżników, bezdroża Nevady i cały bagażnik pełen najróżniejszych substancji odurzających. Osobiście uwielbiam ten film, uwielbiam to jak bardzo jest brzydki, brudny i poschizowany. Nigdy nie byłem w Las Vegas, ale wydaje mi się, że po seansie "Las Vegas Parano" chyba nie odwiedzę tej stolicy grzechu.


2. "Birdman" (2014)

Odrodzenie Michaela Keatona, fenomenalny Edward Norton i Emma Stone, która irytowała mnie mniej niż w każdym poprzednim filmie z jej udziałem. Tak mógłbym streścić "Birdmana" który praktycznie pozamiatał jeśli chodzi o tegoroczne Oscary, film zachwyca swoją niecodzienną oprawą i odpowiednim zróżnicowaniem na linii komedia - dramat.



1. "Ściana" (1982)

Na miejscu pierwszym nie mogło znaleźć się nic innego. "The Wall" jest najbardziej surrealistycznym filmem jaki widziałem w swoim życiu, stworzony na podstawie albumu o tym samym tytule zgrabnie miesza animację ze zwykłym filmem, a całemu obrazowi towarzyszy muzyka Pink Floyd.